wtorek, 2 września 2014

Od Sonyi: No chyba sobie kpicie...

 - Poprawczak?! - parsknął zrozpaczony Tom i opadł bezsilnie na krzesło.
Siedziałam cicho krzywiąc się w duchu. Może i jestem wyjętą spod prawa wredną jędzą, ale nie lubiłam wkurzać czterdziestoletniego wujka Toma, który opiekował się mną od śmierci rodziców. Dyrektor Liceum Ogólnokształcącego tylko westchnął zrezygnowany.
Wykorzystałam chwilę ciszy, by rozejrzeć się po gabinecie. Ot, zwykły kwadratowy pokoik z dwoma gablotami na puchary uczniów, dębowym biurkiem, trzema krzesłami i portretami poprzednich dyrektorów na ścianach. Nic szczególnego, każdy pryncypał ma identyczny gust.
 - Przykro mi, panie Flint - powiedział w końcu dyrektor. - Ale nie widzę innego rozwiązania dla Sonyi.
Tu spojrzał na mnie zawiedzionym wzrokiem.
"Biedaczysko" pomyślałam złośliwie "Kolejny pedagog, który myślał, że da sobie ze mną radę".

Wyszliśmy z Panthorskiego Liceum Ogólnokształcącego z grobowym nastrojem. Po drodze minęliśmy szkolną tyrankę, Victorię Comodo z podbitym okiem. Uśmiechnęłam się tryumfalnie. Tej śliwy długo się nie pozbędzie. Oczekiwałam reakcji Toma, ale ten w ogóle się nie odzywał. Wiedziałam dobrze co to znaczy. Im dłużej trwa cisza tym większa eksplozja po niej nadejdzie...
I rzeczywiście. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi samochodu Tom wybuchnął:
 - Coś ty znowu narobiła?!
 - Co ja?! - oburzyłam się. - Nic nie zrobiłam!
 - Tak?! Czyli przypadkiem na wu-efie walnęłaś koleżankę pięścią?! Prosto w oko!
 - Nazwała mnie dziw...
 -  Nie ważne jak cię nazwała! - przerwał mi Tom, niemal zupełnie skupiony na prowadzeniu samochodu. - To nie oznacza, że musisz jej przywalić!
 - No ale przyznaj, że mam niezłego cela - rzuciłam z uśmiechem.
Tom mimo woli również się uśmiechnął. Jednak uśmiech szybko zgasł.
 - Już czwarty raz w tym roku musisz zmieniać szkołę... - westchnął zrezygnowany - A teraz jeszcze poprawczak? Jak ty to sobie wyobrażasz?
 - Normalnie - odparłam patrząc przez okno na zatłoczone ulice Panthory. - Zwieję stamtąd...
 - Sonya!
 - A co mam innego do roboty?! - warknęłam nieco zbyt agresywnie. - Mam dość szkoły! Nie pasuję do żadnej...
Tom na szczęście zdawał sobie sprawę, że to nie były tylko dziewczęce kompleksy. Jako felin nie mogłam dobrze się czuć wśród zwykłych ludzi. Wuj zawsze starał się jakoś mnie przekonać, że ukrywanie się to najlepsza opcja z możliwych.
 - Sj, gdzie widzisz jakieś lepsze rozwiązanie? - Tom wcisnął hamulec na czerwonym świetle.
 - Zawsze mogę poszukać innych feli...
 - Cicho! - zganił mnie wujek. - Nie używaj tej nazwy! Policja poluje na takich jak ty. Nie chcę żebyś zawisnęła na ścianie jako trofeum łowieckie!
 - A ja nie chcę dłużej żyć w tym cholernym mieście! - tym razem wkurzyłam się naprawdę mocno. - Mam dość Panthory i ogólnie całej Feluci! - otworzyłam drzwi samochodu.
 - Sonya, nie wygłupiaj się... - powiedział spokojnie Tom, ale go nie słuchałam. Wyszłam z samochodu.
 - Odnajdę kryjówkę felinów i zostanę z nimi! Zobaczysz! - trzasnęłam drzwiami z furią i pobiegłam w dół ulicy.
Już nigdy więcej nie zobaczyłam Toma. Czterdziestolatek wyjechał na inny kontynent następnego ranka nawet nie próbując mnie szukać.

Siedziałam na dachu kamienicy w Metropolis. Tak jak mówiłam szukałam kryjówki felinów, ale jak na razie poszukiwania nie przynosiły żadnych wyników. Objęłam ramionami kolana przygnębiona swoją obecną sytuacją. Przechodzący dołem ludzie tylko pogarszali mi humor. Nikt nie chodził samotnie. Dzieci trzymały się rodziców, przyjaciele zawsze chodzili w grupach. Nawet studenci, od których zajeżdżało alkoholem podpierali się na swoich kumplach. Westchnęłam zrezygnowana patrząc na zachodzące pomiędzy budynkami słońce. Zawiał zimniejszy wiatr. Wzdrygnęłam się.
"Idzie jesień..." pomyślałam melancholijnie "Dziś musiałabym zaczynać nowy rok szkolny w poprawczaku na Feluci".
Nagle moją uwagę przykuł plamisty pies przebiegający przez ulicę. Był za duży jak na miejskiego kundla. Gdy dobiegł do kamienicy podniósł głowę do góry i spojrzał mi prosto w oczy. Dziwny pies miał jedno oko mlecznobiałe, a drugie zielone. Ta dysmorfia oczu tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to nie jest bezdomny psiak. Na dodatek patrzył na mnie z takim...zrozumieniem, jakby znał moją sytuację...
Jakby wiedział kim jestem.
Nim wyciągnęłam dalsze wnioski zwierze pomknęło przed siebie. Otrząsnęłam się z szoku i wróciłam do bezmyślnego gapienia się na ludzi. Nagle usłyszałam obok siebie nieznajomy głos:
 - Ładne widoki, co?
Wzdrygnęłam się i popatrzyłam w bok. Obok mnie siedział chłopak, brunet o zielonych oczach. Miał na sobie luźne dżinsy i bluzę z suwakiem. Przez szyję przewiesił słuchawki od telefonu.
 - Skąd ty...Jak... - nie mogłam się wysłowić. Do tej pory nikomu nie udało się nigdy do mnie podkraść.
Chłopak parsknął śmiechem.
 - Szybko tu wlazłem, prawda? - powiedział z lekkim tryumfem. - Jeszcze chwilę temu widziałaś mnie na dole...
W ułamku sekundy zerwałam się na nogi i cofnęłam do tyłu. Był to bezwarunkowy odruch każdego felina...
 - Jesteś lykanem! - fuknęłam.
 - Po twojej reakcji wnioskuję, że ty za to jesteś felinem... - odparł nieznajomy nadal się uśmiechając.
Nie poruszyłam się. Byłam gotowa w każdej chwili przybrać swoją alternatywną postać, śnieżnego leoparda.
 - Siadaj, nie gryzę - chłopak uśmiechnął się żartobliwie. - Przynajmniej nie we wtorki...
 - Czego ode mnie chcesz? - spytałam nieufnie.
 - Niczego. Po prostu mi się nudzi. A tak w ogóle, to jestem Percy, dla kumpli Trikolor.
Zmierzyłam go wzrokiem. Skoro umiał tak szybko się tutaj wspiąć, to pościg za mną nie był dla niego problemem. Zwłaszcza, że w ogóle nie znam tego miasta, a najwyraźniej jest zajęte już przez lykanów. Dopiero po chwili zdecydowałam się uspokoić. Usiadłam z powrotem na krawędzi budynku (trochę dalej od lykana) i odpowiedziałam.
 - Sonya - spojrzałam na miasto. Nadal kątem oka pilnowałam chłopaka. - Co robisz w Metropolis?

Percy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz